Dobiega końca, mija, rok w którym zatrzęsła się polska polityka i zadrżała polska ziemia pod nogami wypasionych państwową kasą.
Jeszcze rok temu wielu stukało się palcem w czoło na dźwięk nazwiska Andrzej Duda.
Jeszcze pół roku temu wielu łudziło się że wygrana tego człowieka to tylko błąd i efekt zaniedbania ze strony przeciwników.
Z czasem góra naiwności i bezkresnej wiary we własną mądrość wielu z tamtych wielu topniały.
Aż nastał czas tej zmiany.
Społeczeństwo wypowiedziało posłuszeństwo jedynym słusznym, pysznym, sytym, napompowanym pustymi ideałami, moralizatorom, ważniakom etc. etc. etc.
Reszta to już tylko konsekwencje tego trzęsienia.
Trybunał Konstytucyjny, media, spółki skarbu państwa, edukacja, cięcia chorych projektów, ratowanie resztek tego co w Polsce polskie, to tylko konsekwencje zgody społeczeństwa wyrażonej nad wyraz wyraźnie w wyborach.
Pozostaje pytanie dla wszystkich którzy marzą o zdrowej Polsce.
Jaka będzie w przyszłym roku Polska?
wtorek, 29 grudnia 2015
sobota, 26 grudnia 2015
Moja ponura Opowieść Wigilijna...
Grudzień, dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia.
Kowalski pojechał do W.
Pogotowie musi tam wejść do budynku, w którym rzekomo jest stara babcia i nie daje znaku życia. Nie ma jak się do niej dostać. W takiej sytuacji niezbędna jest obecność policji.
Kowalski dotarł na miejsce.
Na końcu bocznej uliczki przy opuszczonym, starym jak świat wiejskim budynku stała karteka pogotwia. Obok pielęgniarze czekali na przybycie policjantów.
- Dzień dobry, co mamy? - zagadał Kowalski.
- Listonoszka zglosiła, że tu jakaś babcia ma być - odpowiedzial pielęgniarz, zerknął w dokumenty - podobno ma 86 lat.
- Tu? - zdziwiony upewniał się Kowalski - dom wyglada jakby od lat nikt nie mieszkał.
- Tak, tutaj. To co wchodzimy?
- Tak, tak.
Kowalski obszedł na ile to było możliwe domek, szukając najdogodniejszego wejścia. Drzwi pozamykane na głucho, okna też.
- Dobra, spróbujemy przez to okno w ganeczku - jednym mocnym szarpnięciem wepchnął okiennicę do wnętrza. Z budynku buchnął odór stęchlizny. Kowalski wszedł do środka, otworzył drzwi wejściowe i wszyscy weszli do środka.
Dom stary, ponad stuletni, łukowe sklepienia i dziwne gzymsy. Wszystko pokryte pajęczynami i sadzą. W sąsiednim pomieszczeniu znajdowała się kuchnia z piecem. Na piecu bałagan, pomiędzy rupieciami patelnia z ogryzionymi kościami z kurczaka i resztkami ziemniaków.
- Chyba rzeczywiście ktoś tu urzęduje? - pomyślał Kowalski
- Jest tu ktoś?- nawoływali na przemian pielęgniarze.
Nie odpowiadał nikt.
Za kuchnią w prawo znajdowało się kolejne pomieszczenie.
Zaciemnione, z zasłoniętym oknem. Bałagan i brud jaki tu panował były nie do opisania. Zimno i odór fekalii przemieszany z typowym zapachem wilgoci.
Po prawej stronie pokoju stało łóżko a w nim leżała stara, bardzo stara kobieta.
Kowalski przystanął, widział w życiu różne osoby w różnych sytuacjach, ale takie coś widział pierwszy raz.
Kobieta oddychała, spała.
- Halo, proszę pani, - szepnął cicho Kowalski.
Pielęgniarz podszedł do łóżka, złapał wystającą spod kołdry rękę i bez przekonania wyszukiwał pulsu, jakby oczekiwał, że go tam nie będzie.
Kobieta poruszyła głową, otworzyła oczy
- Aaaa, co tam, kto to?
- Dzień dobry pani, jesteśmy z pogotowia i z policji, jak pani się czuje?
- Aaa, co, jestem - wyraźnie nie kontaktowała
- Co pani tu robi sama? - pytał pielęgniarz.
Kobieta nie odpowiadała. Medyk podniósł kołdrę i obejrzał babcię ze spokojem.
Kowalski zajrzał na moment i z przerażeniem odkrył, że kobieta leży we własnych odchodach a całe łóżko pokryte jest różnymi wybroczynami.
- Jak pani się czuje, co pani jest, bierze pani lekarstwa? - medyk wyrzucal z siebie kolejno pytania jak z karabinu.
Kobieta nie nadążała z myśleniem a co dopiero z odpowiedziami.
W tym czasie do budynku przyjechała listonoszka
- To pani zgłaszała? - zapytał Kowalski
- Tak, bo wie pan, ja jej rentę przywożę, to raz na miesiąc ją widzę, ale teraz nikt nie otwierał, a ona rozumie pan, sama, syn się nie interesuje, tylko przyjeżdża jak są pieniądze.
- Sama? Innych osób nie ma?
- Nie, tylko ten syn. Łachudra, nic go matka nie obchodzi.
Kowalski zanotował kilka swoich uwag i relacje listonoszki, po czym wrócił do pokoju z kobietą. Pielęgniarz w międzyczasie zapoznawał się ze stanem starszej pani.
- I co pan o tym sadzi?- zapytał Kowalski
- No co mam sądzić? Nic tej pani nie ma, leży sobie, do szpitala nie chce, to my tu nic nie mamy do roboty.
- Jak to nic nie macie, ją chyba trzeba do szpitala zabrać?
- Do szpitala? Panie kochany, ona nie chce do szpitala. Odmówiła...
- Co odmówiła - Kowalskiemu zagotowało się, co panu odmówiła babcia, która ledwo żyje i nie wie co mówi?
- Panie policjancie, ona żyje a nie ledwo żyje i odmówiła. Jej zdrowiu nic nie zagraża.
-Tak? To poproszę pana jeszcze, tym razem ja zapytam - skwitował Kowalski
Medyk niechętnie poszedł za Kowalskim do pokoju babci.
- Proszę pani kiedy pani coś jadła? Kto się panią opiekuje?
- Aaa jadałam, ziemniaki , nie wiem kiedy- machnięciem ręki wskazała w kierunku kuchni.
- Chce pani do szpitala? - Zapytał Kowalski i spojrzał na pielęgniarza.
- Nie wiem, po co , co ja tam głowę będę zawracać.... ja tu mam dobrze tu mam, nic mi nie ma.
Kowalskiemu nie pasowało, babcia wyglądała na wycieńczoną a stan łóżka i pościeli wskazywał na jeszcze inne okoliczności.
- Ale jak pani sobie pojedzie do szpitala to pani jeść dadzą i umyją i dobrze będzie. Święta są, co pani będzie tu sama siedzieć - zagadał z uśmiechem Kowalski.
- Aaaa, mogę pojechać, zimno tu i nie wiem kiedy syn przyjdzie.
- Pan pielęgniarz słyszał? - Kowalski skierował się do medyka.
- Ja tam nic nie słyszalem, pani nie chciała - dukał pielęgniarz.
Kowalskiemu ciśnienie poszło na skronie
- Słuchaj no pigularz, jeżeli ta pani nie pojedzie dzisiaj do szpitala, to panu medykowi też zrobię sprawę, będziesz na jednej ławie z jej synalkiem, bo on materiał na zarzuty już tu ma.
- No w gruncie rzeczy, co mi tam....- bąknął pielęgniarz i zajął się ładowaniem babci do karetki.
W tym czasie gdy babcia już była w karetce do domku przyjechał na rowerze młody zapijaczony mężczyzna.
- A co to tu, co robicie z mamusią?
- Z mamusią? - odpwiedział pytaniem Kowalski - mamusia jedzie do szpiatala a pan pojedzie ze mną.
Pani w szpitalu pomimo pomocy medycznej jakiej jej udzielono zmarła na drugi dzień w Wigilię.
Synalek wylądował na ławie oskarżonych.
A Kowalski?
Zapewne jeszcze pojawi się w moich opowiadaniach.
Kowalski pojechał do W.
Pogotowie musi tam wejść do budynku, w którym rzekomo jest stara babcia i nie daje znaku życia. Nie ma jak się do niej dostać. W takiej sytuacji niezbędna jest obecność policji.
Kowalski dotarł na miejsce.
Na końcu bocznej uliczki przy opuszczonym, starym jak świat wiejskim budynku stała karteka pogotwia. Obok pielęgniarze czekali na przybycie policjantów.
- Dzień dobry, co mamy? - zagadał Kowalski.
- Listonoszka zglosiła, że tu jakaś babcia ma być - odpowiedzial pielęgniarz, zerknął w dokumenty - podobno ma 86 lat.
- Tu? - zdziwiony upewniał się Kowalski - dom wyglada jakby od lat nikt nie mieszkał.
- Tak, tutaj. To co wchodzimy?
- Tak, tak.
Kowalski obszedł na ile to było możliwe domek, szukając najdogodniejszego wejścia. Drzwi pozamykane na głucho, okna też.
- Dobra, spróbujemy przez to okno w ganeczku - jednym mocnym szarpnięciem wepchnął okiennicę do wnętrza. Z budynku buchnął odór stęchlizny. Kowalski wszedł do środka, otworzył drzwi wejściowe i wszyscy weszli do środka.
Dom stary, ponad stuletni, łukowe sklepienia i dziwne gzymsy. Wszystko pokryte pajęczynami i sadzą. W sąsiednim pomieszczeniu znajdowała się kuchnia z piecem. Na piecu bałagan, pomiędzy rupieciami patelnia z ogryzionymi kościami z kurczaka i resztkami ziemniaków.
- Chyba rzeczywiście ktoś tu urzęduje? - pomyślał Kowalski
- Jest tu ktoś?- nawoływali na przemian pielęgniarze.
Nie odpowiadał nikt.
Za kuchnią w prawo znajdowało się kolejne pomieszczenie.
Zaciemnione, z zasłoniętym oknem. Bałagan i brud jaki tu panował były nie do opisania. Zimno i odór fekalii przemieszany z typowym zapachem wilgoci.
Po prawej stronie pokoju stało łóżko a w nim leżała stara, bardzo stara kobieta.
Kowalski przystanął, widział w życiu różne osoby w różnych sytuacjach, ale takie coś widział pierwszy raz.
Kobieta oddychała, spała.
- Halo, proszę pani, - szepnął cicho Kowalski.
Pielęgniarz podszedł do łóżka, złapał wystającą spod kołdry rękę i bez przekonania wyszukiwał pulsu, jakby oczekiwał, że go tam nie będzie.
Kobieta poruszyła głową, otworzyła oczy
- Aaaa, co tam, kto to?
- Dzień dobry pani, jesteśmy z pogotowia i z policji, jak pani się czuje?
- Aaa, co, jestem - wyraźnie nie kontaktowała
- Co pani tu robi sama? - pytał pielęgniarz.
Kobieta nie odpowiadała. Medyk podniósł kołdrę i obejrzał babcię ze spokojem.
Kowalski zajrzał na moment i z przerażeniem odkrył, że kobieta leży we własnych odchodach a całe łóżko pokryte jest różnymi wybroczynami.
- Jak pani się czuje, co pani jest, bierze pani lekarstwa? - medyk wyrzucal z siebie kolejno pytania jak z karabinu.
Kobieta nie nadążała z myśleniem a co dopiero z odpowiedziami.
W tym czasie do budynku przyjechała listonoszka
- To pani zgłaszała? - zapytał Kowalski
- Tak, bo wie pan, ja jej rentę przywożę, to raz na miesiąc ją widzę, ale teraz nikt nie otwierał, a ona rozumie pan, sama, syn się nie interesuje, tylko przyjeżdża jak są pieniądze.
- Sama? Innych osób nie ma?
- Nie, tylko ten syn. Łachudra, nic go matka nie obchodzi.
Kowalski zanotował kilka swoich uwag i relacje listonoszki, po czym wrócił do pokoju z kobietą. Pielęgniarz w międzyczasie zapoznawał się ze stanem starszej pani.
- I co pan o tym sadzi?- zapytał Kowalski
- No co mam sądzić? Nic tej pani nie ma, leży sobie, do szpitala nie chce, to my tu nic nie mamy do roboty.
- Jak to nic nie macie, ją chyba trzeba do szpitala zabrać?
- Do szpitala? Panie kochany, ona nie chce do szpitala. Odmówiła...
- Co odmówiła - Kowalskiemu zagotowało się, co panu odmówiła babcia, która ledwo żyje i nie wie co mówi?
- Panie policjancie, ona żyje a nie ledwo żyje i odmówiła. Jej zdrowiu nic nie zagraża.
-Tak? To poproszę pana jeszcze, tym razem ja zapytam - skwitował Kowalski
Medyk niechętnie poszedł za Kowalskim do pokoju babci.
- Proszę pani kiedy pani coś jadła? Kto się panią opiekuje?
- Aaa jadałam, ziemniaki , nie wiem kiedy- machnięciem ręki wskazała w kierunku kuchni.
- Chce pani do szpitala? - Zapytał Kowalski i spojrzał na pielęgniarza.
- Nie wiem, po co , co ja tam głowę będę zawracać.... ja tu mam dobrze tu mam, nic mi nie ma.
Kowalskiemu nie pasowało, babcia wyglądała na wycieńczoną a stan łóżka i pościeli wskazywał na jeszcze inne okoliczności.
- Ale jak pani sobie pojedzie do szpitala to pani jeść dadzą i umyją i dobrze będzie. Święta są, co pani będzie tu sama siedzieć - zagadał z uśmiechem Kowalski.
- Aaaa, mogę pojechać, zimno tu i nie wiem kiedy syn przyjdzie.
- Pan pielęgniarz słyszał? - Kowalski skierował się do medyka.
- Ja tam nic nie słyszalem, pani nie chciała - dukał pielęgniarz.
Kowalskiemu ciśnienie poszło na skronie
- Słuchaj no pigularz, jeżeli ta pani nie pojedzie dzisiaj do szpitala, to panu medykowi też zrobię sprawę, będziesz na jednej ławie z jej synalkiem, bo on materiał na zarzuty już tu ma.
- No w gruncie rzeczy, co mi tam....- bąknął pielęgniarz i zajął się ładowaniem babci do karetki.
W tym czasie gdy babcia już była w karetce do domku przyjechał na rowerze młody zapijaczony mężczyzna.
- A co to tu, co robicie z mamusią?
- Z mamusią? - odpwiedział pytaniem Kowalski - mamusia jedzie do szpiatala a pan pojedzie ze mną.
Pani w szpitalu pomimo pomocy medycznej jakiej jej udzielono zmarła na drugi dzień w Wigilię.
Synalek wylądował na ławie oskarżonych.
A Kowalski?
Zapewne jeszcze pojawi się w moich opowiadaniach.
czwartek, 24 grudnia 2015
Choinka proporcjonalna...
Dawno, dawno temu w górskiej chacie przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia trwały w najlepsze. Pierogi i uszka lepiły się zgrabnie, na piecu pykał barszcz a po całej chacie roznosił się aromat kompotu z suszu.
Jedynie karp w wannie na korytarzyku niepewnie wyglądał swojego losu, co jakiś czas efektownie wierzgając ogonem i ochlapując całą najbliższą okolicę.
W domu tym mieszkał mój kuzyn Piotrek, byliśmy, i nadal jesteśmy rówieśnikami.
- Chłopcy, pójdziecie do lasu po drzewko. Piotrek wie jak ściąć, dacie sobie radę.
- Damy damy - krzyknął radośnie Piotrek.
Z komórki wzięliśmy siekierkę i poszliśmy.
Jeszcze z oddali usłyszeliśmy donośny głos
- Tylko żeby była proporcjonalna!!!
- Tak tak, proporcjonalna - oczywiste.
Dotarliśmy do lasu, był sobie niedaleko domu. Na lekkim wzniesieniu rosły piękne świerki o igłach ostrych, że lepiej nie podchodź.
Jeden szczególnie przykuł naszą uwagę. Wolnorosnący, kształtny.
- Ten jest proporcjonalny- zadecydowałem z powagą.
Jako że świerk miękkim drzewem jest ścięcie go siekierką nie przysporzyło nam wiele pracy. Rachciachciach i drzewko leżało na zwałach śniegu. Złapaliśmy go za dolne gałęzie i dawaj do domu po śniegu go ciągnąć. Trochę było przy tym śmiechu bo każdy z nas zaliczył spotkanie twarzą w twarz z zaspami. Ostatecznie jednak dotarliśmy do domu.
Pozostawiliśmy drzewko przed drzwiami i z radosnym komunikatem dotarliśmy do rodzinki.
- To fajnie - usłyszeliśmy równie radosny komunikat.
Tato wyszedł przed dom, spojrzał na choinkę i zaniemówił na chwilę.....
- Ona, ona....nie zmieści się do domu....mówiłem, żeby była proporcjonalna.
Wtedy zrozumiałem co znaczy proporcjonalna choinka.
Wesołych Świąt :-)
Jedynie karp w wannie na korytarzyku niepewnie wyglądał swojego losu, co jakiś czas efektownie wierzgając ogonem i ochlapując całą najbliższą okolicę.
W domu tym mieszkał mój kuzyn Piotrek, byliśmy, i nadal jesteśmy rówieśnikami.
- Chłopcy, pójdziecie do lasu po drzewko. Piotrek wie jak ściąć, dacie sobie radę.
- Damy damy - krzyknął radośnie Piotrek.
Z komórki wzięliśmy siekierkę i poszliśmy.
Jeszcze z oddali usłyszeliśmy donośny głos
- Tylko żeby była proporcjonalna!!!
- Tak tak, proporcjonalna - oczywiste.
Dotarliśmy do lasu, był sobie niedaleko domu. Na lekkim wzniesieniu rosły piękne świerki o igłach ostrych, że lepiej nie podchodź.
Jeden szczególnie przykuł naszą uwagę. Wolnorosnący, kształtny.
- Ten jest proporcjonalny- zadecydowałem z powagą.
Jako że świerk miękkim drzewem jest ścięcie go siekierką nie przysporzyło nam wiele pracy. Rachciachciach i drzewko leżało na zwałach śniegu. Złapaliśmy go za dolne gałęzie i dawaj do domu po śniegu go ciągnąć. Trochę było przy tym śmiechu bo każdy z nas zaliczył spotkanie twarzą w twarz z zaspami. Ostatecznie jednak dotarliśmy do domu.
Pozostawiliśmy drzewko przed drzwiami i z radosnym komunikatem dotarliśmy do rodzinki.
- To fajnie - usłyszeliśmy równie radosny komunikat.
Tato wyszedł przed dom, spojrzał na choinkę i zaniemówił na chwilę.....
- Ona, ona....nie zmieści się do domu....mówiłem, żeby była proporcjonalna.
Wtedy zrozumiałem co znaczy proporcjonalna choinka.
Wesołych Świąt :-)
niedziela, 20 grudnia 2015
Moszna, zamek i kawałek ziemi niczyjej...
Pojechałem do Mosznej.
Mała miejscowość na opolszczyźnie o dziwnej nazwie.
Pomimo analogii anatomicznych nazwa nie pochodzi od elementu męskiego organizmu a od mchów porastających okolice wieki temu.
Przez lata państwo lokalni bogacze rozbudowywali tutejszy zamek. Państwo ci byli wielkimi obszarnikami. Miejscowa plotka głosi, że zamek posiada tylko 99 wież bo gdyby posiadał ich 100 właściciel musiałby dzielić się z Cesarzem majątkiem i oddawać mu coś na wojsko. Ponieważ to plotka to jej nie zgłębiam, jeśli ktoś ma na to czas i ochotę to zapraszam.
Zamek bogato zdobiony, zbudowany w wielu mieszanych stylach. Wtajemniczeni twierdzą, że jego nietuzinkowość powstawała latami a kawałki różnych stylów odzwierciedlały zachcianki jednego z panów, który widział takie właśnie cacka w różnych zakątkach świata (ówcześnie Europy).
Dochodząc do zamku mijamy zabudowania starej stadniny, która obecnie także pełni te samą rolę, budynki trochę podupadły, jednak charakter i smak miejsca niezaprzeczalny.
Wychodzimy na główną alejkę i widzimy zameczek o którym już raz wspominiałem i wiecej nie będę, bo generalnie nie o nim tu mowa.
Przed zameczkiem w prawo, wchodzimy do ogrodu połączonego z gigantycznym bezkresnym parkiem.
Park łączy sie nie wiadomo w którym miejscu z okolicznymi lasami, te zaś nigdzie nie mają swoich granic. Wszystko to jak okiem siegnąć było kiedyś własnością bogaczy. W parku kilka ciekawych okazów drzew. Oto jeden z nich, sosna.
To tam zmierzamy.
Tajemnicze miejsce to stary cmentarz bogatych panów.
Oparł się wojnie, oparł się towarzyszom i nadal walczy o swój byt.
Nie wadzi nikomu więc może i dlatego trwa nadal w tym miejscu i w takiej postaci.
Posadowiony w kształcie krzyża, otoczony potężnym płotem z niesamowicie grubych, kutych w najlepszych europejskich hutach prętów, w ciekawe wzory splatanych u dołu. Cmentarzyk jest na lekkim wzniesieniu, podobno dlatego, że teren podmokły i nie chciano by państwo mokli w trumnach. Do ciężkiej metalowej bramy prowadzą nas schodki z kamieni granitowych, tak jak je 100 lat temu posadowiono.
Brama zamknięta, klamki wyrwane, jednak zdobione kute zamki nadal tkwią na swoim miejscu. Wchodzimy boczną furtą, też bez klamki.
Jesteśmy w środku.
Cisza, skrzypienie starych drzew i szum wiatru. Przed nami kilka starych grobowców okrytych głęboko rzeźbionymi płytami nagrobnymi. Piaskowce wyśmienicie nadawały się do tego celu.
Na wprost wielki granitowy krzyż, dowód na to, że chrześcijaństwo było jest i będzie tu obecne.
Cmentarz jako taki zaniedbany, kilka kwiatków przy "młodszych " grobach. Porozbijane o płyty nagrobne znicze, zapewne dzieło zwierząt, bo przecież człowiek by tego nie uczynił.
Jedna Zdrowaśka i wracamy.
Wracamy ta sama ścieżką, mijamy postument, jeszcze rzut oka na zamek wieczorową porą i wychodzimy.
W zamku jest restauracja, hotel i inne cuda. Ja jednak wolę swojski "Gościniec u Róży" tam we wsi.
Jeśli kiedyś zawitasz na opolszczyznę to wstąp do tego gościńca, wypij grzańca i idź na wyprawę na cmentarzyk bogatych państwa do tego kawałka ziemi niczyjej...
Mała miejscowość na opolszczyźnie o dziwnej nazwie.
Pomimo analogii anatomicznych nazwa nie pochodzi od elementu męskiego organizmu a od mchów porastających okolice wieki temu.
Przez lata państwo lokalni bogacze rozbudowywali tutejszy zamek. Państwo ci byli wielkimi obszarnikami. Miejscowa plotka głosi, że zamek posiada tylko 99 wież bo gdyby posiadał ich 100 właściciel musiałby dzielić się z Cesarzem majątkiem i oddawać mu coś na wojsko. Ponieważ to plotka to jej nie zgłębiam, jeśli ktoś ma na to czas i ochotę to zapraszam.
Zamek bogato zdobiony, zbudowany w wielu mieszanych stylach. Wtajemniczeni twierdzą, że jego nietuzinkowość powstawała latami a kawałki różnych stylów odzwierciedlały zachcianki jednego z panów, który widział takie właśnie cacka w różnych zakątkach świata (ówcześnie Europy).
Dochodząc do zamku mijamy zabudowania starej stadniny, która obecnie także pełni te samą rolę, budynki trochę podupadły, jednak charakter i smak miejsca niezaprzeczalny.
Park łączy sie nie wiadomo w którym miejscu z okolicznymi lasami, te zaś nigdzie nie mają swoich granic. Wszystko to jak okiem siegnąć było kiedyś własnością bogaczy. W parku kilka ciekawych okazów drzew. Oto jeden z nich, sosna.
Gdy staniesz plecami do zamku a twarzą do parku na końcu głównej alei zauważysz postument, na którym ongiś stał pomnik jednego z bogatych panów wystawiony przez innego bogatego pana. Pomnik ten przetrwał wojnę, ale nie przetrwał po wojnie. Na początku lat 50-tych XX wieku, zamek zajęty był przez różne służby (celowo nie piszę jakie). Towarzycze swawoli, pili i strzelali do bogatego pana na postumencie. Aż nastał jego kres i z postumentu pomnik zniknął, podobno przetopiony na inne bardziej wartościowe i użytkowe przedmioty. A wykonany był z brązu, jak można przypuszczać, nienajgorszej jakości.
Przy tym postumencie jest dróżka wiodąca w lewo do parku. Nie ma tam żadnego drogowskazu, żadnej wskazówki. Jeśli pójdziesz dróżką prosto, przejdziesz w las i radź sobie sam. Jeśli po chwili jednak zakręcisz w prawo, przejdziesz w dróżkę wyłożoną kamieniami, zarośniętą starymi drzewami. Na dróżce o tej porze tylko liście i błoto, a pomiędzy kamieniami ślady dzikich zwierząt. Po prawej stronie w oddali widzimy kępę starych drzew i niewyrażne obiekty, jakieś budowle.To tam zmierzamy.
Oparł się wojnie, oparł się towarzyszom i nadal walczy o swój byt.
Nie wadzi nikomu więc może i dlatego trwa nadal w tym miejscu i w takiej postaci.
Posadowiony w kształcie krzyża, otoczony potężnym płotem z niesamowicie grubych, kutych w najlepszych europejskich hutach prętów, w ciekawe wzory splatanych u dołu. Cmentarzyk jest na lekkim wzniesieniu, podobno dlatego, że teren podmokły i nie chciano by państwo mokli w trumnach. Do ciężkiej metalowej bramy prowadzą nas schodki z kamieni granitowych, tak jak je 100 lat temu posadowiono.
Cisza, skrzypienie starych drzew i szum wiatru. Przed nami kilka starych grobowców okrytych głęboko rzeźbionymi płytami nagrobnymi. Piaskowce wyśmienicie nadawały się do tego celu.
Na wprost wielki granitowy krzyż, dowód na to, że chrześcijaństwo było jest i będzie tu obecne.
Cmentarz jako taki zaniedbany, kilka kwiatków przy "młodszych " grobach. Porozbijane o płyty nagrobne znicze, zapewne dzieło zwierząt, bo przecież człowiek by tego nie uczynił.
Wracamy ta sama ścieżką, mijamy postument, jeszcze rzut oka na zamek wieczorową porą i wychodzimy.
sobota, 19 grudnia 2015
Myślenie zmiennym jest
- Niech pan tak nie myśli - rzuciła kobieta do mężczyzny pochylonego nad książką. Wyglądał jakby spał albo rozmyślał nad blatem.
- Czytam, analizuję i rozmyślam, a że zdarza mi się czasami to korzystam z okazji.
- To takie okazje trzeba wykorzystywać - pokiwała głową ze zrozumieniem.
- A dopiero pani mówiła żebym nie myślał.
- A, bo wie pan, kobieta zmienną jest.
- Czytam, analizuję i rozmyślam, a że zdarza mi się czasami to korzystam z okazji.
- To takie okazje trzeba wykorzystywać - pokiwała głową ze zrozumieniem.
- A dopiero pani mówiła żebym nie myślał.
- A, bo wie pan, kobieta zmienną jest.
Wielkie oczy.....magia świąt
Miałem 5 lat gdy na zakładowej imprezie u mamy siedziałem na kolanach Mikołaja i zrobiono mi zdjęcie.
W tamtych czasach nie było powtarzania zdjęć i na pamiątkę pozostawała fotografia zawsze jedyna w swoim rodzaju.
Ile razy przeglądaliśmy rodzinne albumy za każdym słyszę "ale zrobił wielkie oczy"
Minęło 40 lat od tamtych chwil.
Zostałem zaangażowany do udziału w lokalnym przedświątecznym festynie.
Miałem być Starym Skrybą spisującym do księgi przepisy na świąteczne potrawy.
Przygotowałem więc sobie stosowny na tę okoliczność strój. Ubrałem się możliwie najciekawiej i poszedłem na festyn. Reakcja dorosłych i niedorosłych uczestników festynu przerosła moje oczekiwania. Wielu mieszkańców mnie nie rozpoznało, że o dzieciach nie wspomnę.
Na scenie grała muzyka, przy dźwiękach kolęd dzieci zdobiły pierniki. Odpaliliśmy z Mikołajem choinkowe lampki.
Bigos i grochówka do tego chlebek i barszczyk. A chyba i grzańca gdzieś me nozdrza wyczuły.
Dzieci i dorośli podawali przepisy na świąteczne potrawy, spisywałem je skrzętnie. W nagrodę za przepis otrzymywali gipsową figurkę do zdobienia choinki.
Bardzo ciekawe uczucia towarzyszyły spisywaniu przepisów. Widziałem jak dzieciaki zaglądały pod kapelusz usiłując odgadnąć moje oblicze i ustalić kto to jest tym Starym Skrybą. Dziwne, ale poczułem się przez chwilę jak prawdziwy dziwny leśny ludek, który wzbudza niesamowitą ciekawość wśród dzieci. Aż w pewnym momencie usłyszałem z ust jednej z mam
- Agatka, ale zrobiłaś wielkie oczy?
Agatka była święcie przekonana że przyszedłem z lasu.
W tamtych czasach nie było powtarzania zdjęć i na pamiątkę pozostawała fotografia zawsze jedyna w swoim rodzaju.
Ile razy przeglądaliśmy rodzinne albumy za każdym słyszę "ale zrobił wielkie oczy"
Minęło 40 lat od tamtych chwil.
Zostałem zaangażowany do udziału w lokalnym przedświątecznym festynie.
Miałem być Starym Skrybą spisującym do księgi przepisy na świąteczne potrawy.
Przygotowałem więc sobie stosowny na tę okoliczność strój. Ubrałem się możliwie najciekawiej i poszedłem na festyn. Reakcja dorosłych i niedorosłych uczestników festynu przerosła moje oczekiwania. Wielu mieszkańców mnie nie rozpoznało, że o dzieciach nie wspomnę.
Na scenie grała muzyka, przy dźwiękach kolęd dzieci zdobiły pierniki. Odpaliliśmy z Mikołajem choinkowe lampki.
Bigos i grochówka do tego chlebek i barszczyk. A chyba i grzańca gdzieś me nozdrza wyczuły.
Dzieci i dorośli podawali przepisy na świąteczne potrawy, spisywałem je skrzętnie. W nagrodę za przepis otrzymywali gipsową figurkę do zdobienia choinki.
Bardzo ciekawe uczucia towarzyszyły spisywaniu przepisów. Widziałem jak dzieciaki zaglądały pod kapelusz usiłując odgadnąć moje oblicze i ustalić kto to jest tym Starym Skrybą. Dziwne, ale poczułem się przez chwilę jak prawdziwy dziwny leśny ludek, który wzbudza niesamowitą ciekawość wśród dzieci. Aż w pewnym momencie usłyszałem z ust jednej z mam
- Agatka, ale zrobiłaś wielkie oczy?
Agatka była święcie przekonana że przyszedłem z lasu.
środa, 16 grudnia 2015
Dwaj synowie...... i nie tylko.....
Do sklepu wszedł tatuś z dwoma synami.
Na oko 10-11 lat i na pewno nie bliźniaki.
Jeden szczupły (dajmy na to Piotruś) , drugi gruby (niech będzie Maciek).
Wszyscy ubrani na sportowo.
Cała trójka zanurkowała między wieszaki w poszukiwaniu sportowych ubrań.
- Może takie?
- Może tamte?
- A może inne?
Poszukiwania utknęły przy stojaku ze sporotowymi bluzami.
Dobór ubrań Maćkowi szedł oporniej ze względu na lekką otyłość. Po okrągłej buzi widać było znaczną róznicę w budowie w porównaniu z bratem. Zapewne Piotrek bardziej "wdał" się w szczupłego tatę.
- Taką chcę - Piotruś szybko dopasował sobie bluzę znanej sportowej firmy.
- Jesteś pewien ? - dopytywał ojciec. Bluza leżała jak ulał na Piotrusiu.
Maciek spoglądał z boku z błyskiem zazdrości w oku.
- Ja bym chciał tą - wskazał na inną bluzę o rozmiar wiekszą niż by potrzebował, jednak ojciec nadal "dopasowywał" bluzę Piotrkowi nie zwracając uwagi na propozycję.
- Tato, tę, kupisz mi? - dopytywał Maciek.
- Ty? - ojciec skierował wzrok na Maćka, teraz nie potrzebujesz - ojciec wskazał palcem na brzuch małolata. Po czym pieszczotliwie potarmosił czuprynę Piotrka.
- Jak zrzucisz to co niepotrzebne to będziesz miał akurat ciuchy po Piotrku.
Maciek spuścił wzrok i z rezygnacją odsapnąła - tak wiem - zaszkliły mu się oczy, ale wiedział, że ojciec zdania nie zmieni.
- Pamiętaj, Orlik jest otwarty długo, trzeba się wziąść do roboty.
Jeszcze tylko wizyta przy kasie i klienci skierowali się do wyjścia.
- To jak - zakończył pobyt w sklepie tatuś - zadowoleni?
Na oko 10-11 lat i na pewno nie bliźniaki.
Jeden szczupły (dajmy na to Piotruś) , drugi gruby (niech będzie Maciek).
Wszyscy ubrani na sportowo.
Cała trójka zanurkowała między wieszaki w poszukiwaniu sportowych ubrań.
- Może takie?
- Może tamte?
- A może inne?
Poszukiwania utknęły przy stojaku ze sporotowymi bluzami.
Dobór ubrań Maćkowi szedł oporniej ze względu na lekką otyłość. Po okrągłej buzi widać było znaczną róznicę w budowie w porównaniu z bratem. Zapewne Piotrek bardziej "wdał" się w szczupłego tatę.
- Taką chcę - Piotruś szybko dopasował sobie bluzę znanej sportowej firmy.
- Jesteś pewien ? - dopytywał ojciec. Bluza leżała jak ulał na Piotrusiu.
Maciek spoglądał z boku z błyskiem zazdrości w oku.
- Ja bym chciał tą - wskazał na inną bluzę o rozmiar wiekszą niż by potrzebował, jednak ojciec nadal "dopasowywał" bluzę Piotrkowi nie zwracając uwagi na propozycję.
- Tato, tę, kupisz mi? - dopytywał Maciek.
- Ty? - ojciec skierował wzrok na Maćka, teraz nie potrzebujesz - ojciec wskazał palcem na brzuch małolata. Po czym pieszczotliwie potarmosił czuprynę Piotrka.
- Jak zrzucisz to co niepotrzebne to będziesz miał akurat ciuchy po Piotrku.
Maciek spuścił wzrok i z rezygnacją odsapnąła - tak wiem - zaszkliły mu się oczy, ale wiedział, że ojciec zdania nie zmieni.
- Pamiętaj, Orlik jest otwarty długo, trzeba się wziąść do roboty.
Jeszcze tylko wizyta przy kasie i klienci skierowali się do wyjścia.
- To jak - zakończył pobyt w sklepie tatuś - zadowoleni?
wtorek, 15 grudnia 2015
Krzywym okiem "Aromat Świąt"
"Nadchodzą Święta. W powietrzu unosi się aromat szamb wylewanych na przydomowe ogródki i poletka".
Tej treści wpis zamieściłem kilka miesięcy temu z racji zbliżających się Świąt Wielkanocnych na Twitterze.
Dzisiaj:
- Wzięłam pół dnia wolnego, będę myła okna - koleżanka do koleżanki.
- To wspaniale. Tylko dlaczego akurat dzisiaj? - koleżanka do tamtej koleżanki.
- Nooo, święta nadchodzą, trzeba umyć - wytłumaczyła oczywistość koleżanka koleżance.
- I tylko dlatego?
- Tak tak....
Ja zastanawiam się przy tej okazji, co by było gdyby nie święta?
Tej treści wpis zamieściłem kilka miesięcy temu z racji zbliżających się Świąt Wielkanocnych na Twitterze.
Dzisiaj:
- Wzięłam pół dnia wolnego, będę myła okna - koleżanka do koleżanki.
- To wspaniale. Tylko dlaczego akurat dzisiaj? - koleżanka do tamtej koleżanki.
- Nooo, święta nadchodzą, trzeba umyć - wytłumaczyła oczywistość koleżanka koleżance.
- I tylko dlatego?
- Tak tak....
Ja zastanawiam się przy tej okazji, co by było gdyby nie święta?
poniedziałek, 14 grudnia 2015
Rozmowy bez wdzięku....opowiadanie
Dawno, dawno temu w kolejce do lekarza to się rozmawiało.
Wymiana doświadczeń, medyczne porady, podpowiedzi i wskazania godnych uwagi lekarzy.
Ale to było dawno, dawno temu.
Dzisiaj.
Do gabinetu miałem zgłosić się na godz. 11.00
Zgłosiłem się wcześniej bo może akurat coś się stanie i zostanę obsłużony wcześniej.
W poczekalni było już kilka osób. Zapewne takim samym wiedzionych przeczuciem.
Usiadłem na przeciw młodej pani, wyjąłem smartfona i zanurzyłem się w sieć.
W poczekalni grobowa cisza przerywana pokasływaniem lub odgłosami pracy jelit.
Rzut oka na pozostałych uczestników kolejki upewnił mnie że nie ma z kim porozmawiać. Wszyscy siedzieli z nosami w telefonach. O dziwo nawet mocno starsze osoby nie odstawały od pozostałych.
- Nuda - wrzucam w sieć - czekam na lekarza.
Po chwili odpowiada "Jolanta 78" - Ja też, ale ludzie jacy nieuprzejmi. Przychodzą przed czasem i nawet dzień dobry nie powiedzą.
- Tak, znam takich - mój wpis - czekam na USG, w brzuchu mi burczy i padam z głodu
- A ja po badaniu, czekam na kolejne - odparła "Jolanta78".
Otworzyły się drzwi gabinetu
- Pan .... - tu pielęgniarka wymieniła moje imię i nazwisko - zapraszam.
Po kilku minutach przebadany wyszedłem z gabinetu, zdrowy.
- Idę coś zjeść bo zaraz padnę - pomyślałem i tak zrobiłem.
Rozsiadłem się w pobliskiej jadłodajni, czekam na realizację zamówienia.
Po chwili do lokalu wchodzi pani, chyba ta sama co siedziała w poczekalni.
- Jest wolne tu koło pana? - Zapytała
- Tak, oczywiście, proszę - nie śmiałem zaprzeczyć, tym bardziej, że tylko tu było wolne.
Pani usiadła i czekając na zamówienie sięgnęła po smartfona.
- Ale jestem wykończona - czytam kolejny wpis "Jolanty78" - wpadłam do knajpki coś zjeść, a tu miejsc brak, spotkałam tego samego pana co siedział na przeciwko mnie w przychodni - przeczytałem.
- Jest Pani w "Pestce"? - Zapytałem swoim wpisem.
Podniosłem wzrok znad telefonu i nasze spojrzenia spotkały się
- Tak - odpowiedziała Jolanta.....
Dawno, dawno temu to się rozmawiało.
Wymiana doświadczeń, medyczne porady, podpowiedzi i wskazania godnych uwagi lekarzy.
Ale to było dawno, dawno temu.
Dzisiaj.
Do gabinetu miałem zgłosić się na godz. 11.00
Zgłosiłem się wcześniej bo może akurat coś się stanie i zostanę obsłużony wcześniej.
W poczekalni było już kilka osób. Zapewne takim samym wiedzionych przeczuciem.
Usiadłem na przeciw młodej pani, wyjąłem smartfona i zanurzyłem się w sieć.
W poczekalni grobowa cisza przerywana pokasływaniem lub odgłosami pracy jelit.
Rzut oka na pozostałych uczestników kolejki upewnił mnie że nie ma z kim porozmawiać. Wszyscy siedzieli z nosami w telefonach. O dziwo nawet mocno starsze osoby nie odstawały od pozostałych.
- Nuda - wrzucam w sieć - czekam na lekarza.
Po chwili odpowiada "Jolanta 78" - Ja też, ale ludzie jacy nieuprzejmi. Przychodzą przed czasem i nawet dzień dobry nie powiedzą.
- Tak, znam takich - mój wpis - czekam na USG, w brzuchu mi burczy i padam z głodu
- A ja po badaniu, czekam na kolejne - odparła "Jolanta78".
Otworzyły się drzwi gabinetu
- Pan .... - tu pielęgniarka wymieniła moje imię i nazwisko - zapraszam.
Po kilku minutach przebadany wyszedłem z gabinetu, zdrowy.
- Idę coś zjeść bo zaraz padnę - pomyślałem i tak zrobiłem.
Rozsiadłem się w pobliskiej jadłodajni, czekam na realizację zamówienia.
Po chwili do lokalu wchodzi pani, chyba ta sama co siedziała w poczekalni.
- Jest wolne tu koło pana? - Zapytała
- Tak, oczywiście, proszę - nie śmiałem zaprzeczyć, tym bardziej, że tylko tu było wolne.
Pani usiadła i czekając na zamówienie sięgnęła po smartfona.
- Ale jestem wykończona - czytam kolejny wpis "Jolanty78" - wpadłam do knajpki coś zjeść, a tu miejsc brak, spotkałam tego samego pana co siedział na przeciwko mnie w przychodni - przeczytałem.
- Jest Pani w "Pestce"? - Zapytałem swoim wpisem.
Podniosłem wzrok znad telefonu i nasze spojrzenia spotkały się
- Tak - odpowiedziała Jolanta.....
Dawno, dawno temu to się rozmawiało.
piątek, 11 grudnia 2015
Jeziorko pamięci
Jadę samochodem z córką po jej koleżankę.
Ta koleżanka to córka mojego kolegi ze szkolnych lat, z którym nie utrzymuję, nie wiem dlaczego, od dawna kontaktów.
Mieścina mała więc dziewczyny spotkały się w życiu i razem sobie czas spędzają.
- A wiesz tato, że pierwszy raz spotkałam się z Agą jak miałam 2 tygodnie i 2 dni?
Policzyłem w pamięci.
- Tak, rzeczywiście. I jak wspominasz tamte chwile? - zażartowałem.
- Wspominam? Wspaniale. Cieszę się, że teraz mam taką koleżankę.
Wracamy z koleżanką na pokładzie. Mijamy pobliskie jeziorko, zawsze mijamy je w drodze do i z domu.
- Świetne miejsce to jeziorko, pamiętam jak pierwszy raz tam szłam na piechotę, wydawało się tak daleko od miasta - rzuciła mimowolnie Aga.
- Tak, fajne miejsce - przytaknąłem - pamiętam jak pierwszy raz szedłem tam z twoim ojcem, było to 30 lat temu, dokładnie to pamiętam...
Ta koleżanka to córka mojego kolegi ze szkolnych lat, z którym nie utrzymuję, nie wiem dlaczego, od dawna kontaktów.
Mieścina mała więc dziewczyny spotkały się w życiu i razem sobie czas spędzają.
- A wiesz tato, że pierwszy raz spotkałam się z Agą jak miałam 2 tygodnie i 2 dni?
Policzyłem w pamięci.
- Tak, rzeczywiście. I jak wspominasz tamte chwile? - zażartowałem.
- Wspominam? Wspaniale. Cieszę się, że teraz mam taką koleżankę.
Wracamy z koleżanką na pokładzie. Mijamy pobliskie jeziorko, zawsze mijamy je w drodze do i z domu.
- Świetne miejsce to jeziorko, pamiętam jak pierwszy raz tam szłam na piechotę, wydawało się tak daleko od miasta - rzuciła mimowolnie Aga.
- Tak, fajne miejsce - przytaknąłem - pamiętam jak pierwszy raz szedłem tam z twoim ojcem, było to 30 lat temu, dokładnie to pamiętam...
czwartek, 10 grudnia 2015
Nałóg oczami dziecka
Syn lat 10 opowiada.
- A jak pojechaliśmy odwieźć babcię tam do szpitala (onkologicznego) to przed szpitalem stał taki stary pan. Starszy niż dziadek. Tato jak on kaszlał to ja myślałem, że mu z gardła płuca wypadną w kawałkach. I tak kaszlał i palił papierosa. On chyba był chory, myślisz tato, że od tych papierosów? One tak szkodzą?
- Tak, to na pewno od papierosów są bardzo szkodliwe.
- To po co się je produkuje?
- A jak pojechaliśmy odwieźć babcię tam do szpitala (onkologicznego) to przed szpitalem stał taki stary pan. Starszy niż dziadek. Tato jak on kaszlał to ja myślałem, że mu z gardła płuca wypadną w kawałkach. I tak kaszlał i palił papierosa. On chyba był chory, myślisz tato, że od tych papierosów? One tak szkodzą?
- Tak, to na pewno od papierosów są bardzo szkodliwe.
- To po co się je produkuje?
środa, 9 grudnia 2015
Dziennikarz dyrektor
W pewnym małym miasteczku był sobie zwykły redaktor pewnej małej lokalnej gazety.
Redaktor pisał artykułu przeróżnej treści i wagi związane ze sprawami najbliższej okolicy.
Pewnego dnia pewien zwykły mieszkaniec miasteczka zadzwonił do redaktora jakże ważnego lokalnego medium i przedstawił mu problem.
Jak przystało na mieszkańca małego miasteczka problem wydawał mu się istotny a osoba redaktora wzbudzala zaufanie i pewność, że temat nie zostanie pominięty a sprawa wyjaśniona na łamach lokalnej prasy i dzięki temu wątpliwości rozwiane.
Redaktor przyjechał z dyktafonem, porozmawiał, ponagrywał, wysłuchał, pokiwał głową.
Zadeklarował, że sprawy tak nie zostawi, że musi ona być wyjaśniona itp itd.
Czas leciał, mieszkaniec przeglądał kolejne wydania lokalnej prasy, nie znajdując w nich tematu o którym wspomniał redaktorowi.
Czas leciał dalej. Aż nastaly wybory samorządowe.
Mieszkańcy wybrali nowe władze, nowe władze mianowały nowych pracowników różnych szczebli.
Jakież zdziwienie i zaskoczenie zagościło na twarzy owego mieszkańca gdy w lokalnej gazecie znalazł informację, że redaktor już nie jest redaktorem. Jest od teraz ważnym dyrektorem w jednej z samorządowych instytucji.
Żeby było ciekawiej, dyrektorował instytucji co do której wątpliwości mial mieszkaniec tamtego pewnego dnia.
Zleciało jeszcze trochę czasu i mieszkańcy wybrali kolejne władze, nadeszła kolejna zmiana.
Redaktor, który zdążył być dyrektorem, po wyborach przestał nim być.
Wrócił do lokalnej gazety, jednak nie wiedzie mu się tam zbyt dobrze.
Podobno nikt mu nie ufa do teraz.
Redaktor pisał artykułu przeróżnej treści i wagi związane ze sprawami najbliższej okolicy.
Pewnego dnia pewien zwykły mieszkaniec miasteczka zadzwonił do redaktora jakże ważnego lokalnego medium i przedstawił mu problem.
Jak przystało na mieszkańca małego miasteczka problem wydawał mu się istotny a osoba redaktora wzbudzala zaufanie i pewność, że temat nie zostanie pominięty a sprawa wyjaśniona na łamach lokalnej prasy i dzięki temu wątpliwości rozwiane.
Redaktor przyjechał z dyktafonem, porozmawiał, ponagrywał, wysłuchał, pokiwał głową.
Zadeklarował, że sprawy tak nie zostawi, że musi ona być wyjaśniona itp itd.
Czas leciał, mieszkaniec przeglądał kolejne wydania lokalnej prasy, nie znajdując w nich tematu o którym wspomniał redaktorowi.
Czas leciał dalej. Aż nastaly wybory samorządowe.
Mieszkańcy wybrali nowe władze, nowe władze mianowały nowych pracowników różnych szczebli.
Jakież zdziwienie i zaskoczenie zagościło na twarzy owego mieszkańca gdy w lokalnej gazecie znalazł informację, że redaktor już nie jest redaktorem. Jest od teraz ważnym dyrektorem w jednej z samorządowych instytucji.
Żeby było ciekawiej, dyrektorował instytucji co do której wątpliwości mial mieszkaniec tamtego pewnego dnia.
Zleciało jeszcze trochę czasu i mieszkańcy wybrali kolejne władze, nadeszła kolejna zmiana.
Redaktor, który zdążył być dyrektorem, po wyborach przestał nim być.
Wrócił do lokalnej gazety, jednak nie wiedzie mu się tam zbyt dobrze.
Podobno nikt mu nie ufa do teraz.
wtorek, 8 grudnia 2015
Acceptionem mortis.
Do sklepu przyszedł starszy pan. Pochylony, z siatką pełną zakupów. Włosy siwe, szare, zaczesane do tyłu. Odziany skromnie, trochę niedbale. Za nim rozciągał się zapach przepalonego tytoniu wymieszany z brudem nieczęsto pranej odzieży.
Mężczyzna zakasłał.
- Poproszę to - wskazał to.
- Proszę. 4,50 - sprzedawca podał towar i cenę. Jeszcze raz rzucił okiem na siatkę zakupów klienta. W siatce były trzy duże kartony przysłowiowego DoppelHerz. Nie pasowało to sprzedawcy do wyglądu klienta.
- Taki palacz i doppelherze zażywa? - pomyślał.
Wnikliwsza obserwacja siatki rozwiała wątpliwości - G-i-l-zy do papierosów- odczytał z daleka.
Klient niepewnie rozglądał się po sklepie.
- A wie pan, jeszcze tamto wezmę - zachrypiał - słyszy pan jak chrypię? Tak już kilka tygodni.
Sprzedawca podał tamto i przytaknął ze zrozumieniem chowając drobne do kasy.
- Bo wie pan, te ....- klient wskazał drżącą ręką na kartony z gilzami, wychodzą po latach.
- Myśli pan? Może to przeziębienie? - Sprzedający starał się zbagatelizować oczywistość.
- To to, panie. Ale co tam, na coś trza, wie pan..... - Mężczyzna machnął ręką w geście rezygnacji.
- Tak wiem.
- Tylko wie pan, co zrobić, tylko.....- szukał właściwego słowa, choć może i znał bo ton głosu wskazywał na strach.
- ....żeby nie bolało - dokończył sprzedawca
- Tak, tylko żeby nie bolało - łamiącym głosem przyznał mężczyzna.
Mężczyzna zakasłał.
- Poproszę to - wskazał to.
- Proszę. 4,50 - sprzedawca podał towar i cenę. Jeszcze raz rzucił okiem na siatkę zakupów klienta. W siatce były trzy duże kartony przysłowiowego DoppelHerz. Nie pasowało to sprzedawcy do wyglądu klienta.
- Taki palacz i doppelherze zażywa? - pomyślał.
Wnikliwsza obserwacja siatki rozwiała wątpliwości - G-i-l-zy do papierosów- odczytał z daleka.
Klient niepewnie rozglądał się po sklepie.
- A wie pan, jeszcze tamto wezmę - zachrypiał - słyszy pan jak chrypię? Tak już kilka tygodni.
Sprzedawca podał tamto i przytaknął ze zrozumieniem chowając drobne do kasy.
- Bo wie pan, te ....- klient wskazał drżącą ręką na kartony z gilzami, wychodzą po latach.
- Myśli pan? Może to przeziębienie? - Sprzedający starał się zbagatelizować oczywistość.
- To to, panie. Ale co tam, na coś trza, wie pan..... - Mężczyzna machnął ręką w geście rezygnacji.
- Tak wiem.
- Tylko wie pan, co zrobić, tylko.....- szukał właściwego słowa, choć może i znał bo ton głosu wskazywał na strach.
- ....żeby nie bolało - dokończył sprzedawca
- Tak, tylko żeby nie bolało - łamiącym głosem przyznał mężczyzna.
niedziela, 6 grudnia 2015
Spojlerowanie filmu baaaardzo dawno temu...
Czy wyobrażasz sobie jak wyglądało spojlerowanie filmów 30-40 lat temu?
W latach 80-tych telewizja wprowadziła tzw seans "Dla drugiej zmiany"
W godzinach porannych ok. godz. 10 nadawano film, który następnie emitowany był w wieczorem po Dzienniku Telewizyjnym o godz. 20.00.
W tamtych czasach kryminał czy sensacja emitowane były tylko jeden raz w tygodniu, w czwartki. Młodszym czytelnikom przypomnę, że sytuacja miała miejsce w Polsce PRLowskiej. Nie było internetu a telewizja nadawała tylko dwa kanały. Obejrzenie kryminału odbywało się więc tylko w czwartek, i trzeba było czekać cały tydzień na np kolejny odcinek jakiejś kryminalnej serii. W sobotni wieczór raczono westernem a w nocy z soboty na niedzielę można było obejrzeć horror lub film z tzw momentami. O momentach innym razem, o ile nie zapomnę.
Wracając do czwartkowych sensacji.
Tego więc dnia babcia moja po uporządkowaniu wszystkiego co tego wymagało i oporządzeniu "gadziny" wszelakiej w obejściu, rozsiadła się z kawą i korzystając z uprzejmości TVP obejrzała w spokoju i skupieniu kryminał.
Nie pamiętam jaki to był film ani jaki był jego koniec, kto zabił, kto ukradł a kto przetrwał do kolejnej części.
Wieczorem, po ciężkim dniu pracy, ciotka Helenka też rozsiadła się przed telewizorem, odpaliła papierosa i zagłębiła w konsumpcję długo wyczekiwanego kryminału. Leciał film z porannej emisji dla drugiej zmiany. Babcia też teraz oglądała, ponownie.
W pewnym momencie, a sądząc po zmarszczonym czole ciotki był to kluczowy moment filmu, odezwała się babcia:
- A tego w kapeluszu to ja bym zatłukła, to on ją zabił.
Ciotka krzyknęła przerażona.
Tak wyglądało spojlerowanie filmu 30 albo i 40 lat temu.
piątek, 4 grudnia 2015
Mikołaj? Jak on to zrobił?
Oczekiwanie na wymarzony prezent od Św. Mikołaja zawsze przyprawiało dzieciarnię o dreszcz emocji. Sam dreszcze te przeżywałem wielokrotnie.
Okres okołoświąteczny spędzany z rodziną w wiejskim domu w górach był otoczony nie tylko tonami śniegu, ale i aurą tajemniczości niecierpliwości i wyczekiwania.
Miałem wtedy 5 lat.
Nadszedł wieczór gdy wspólnie z kuzynem zostaliśmy zapakowani do starodawnego łóżka pod gigantyczną pierzynę i zasnęliśmy w chłodnym, ciemnym pokoju snem dziecięcia niewinnego.
Sen trwał spokojnie aż nagle obudziło nas okropne szeleszczenie bliżej nieokreślonej materii.
- O rany, co to jest!? - Wykrzyczałem przerażony gdy jakiś wielki stwór przewracał się na mnie na łóżku. Serce biło mi jak szalone.
Kuzyn wyrwany ze snu wyparzył z łóżka przerażony i wpadł na podobnego stwora stojącego obok.
- Co się stało dzieci? - Krzyknął mój tato wbiegając do pokoju. Zapalił światło i dopiero teraz mogliśmy się uspokoić. Stwory okazały się wielkimi worami z prezentami. Bogactwa nieprzebrane; wrotki, cymbałki, farbki, organki, piłka wiązana rzemykiem i wiele innych wspaniałych jak na tamte czasy zabawek. A wszystkie były przez nas wyczekiwane i upragnione.
Ale fajne prezenty przyniósł nam Mikołaj. Ale jak on tu wszedł?
Ale, ale i ale.
Pytania cisnęły się na usta i mieszały z zaskoczeniem powiązanym z każdym kolejnym skarbem odkrywanym w worku.
To była chyba najwspanialsza noc w moim dzieciństwie a na pewno najbardziej zaskakująca.
Wracając tam wspomnieniami do dzisiaj zastanawiam się
- Mikołaj? Jak on to zrobił?
P.S.
Tę krótką historyjkę dedykuję mojemu nieżyjącemu już tacie, bo chyba wiem kto był tym Mikołajem.
Okres okołoświąteczny spędzany z rodziną w wiejskim domu w górach był otoczony nie tylko tonami śniegu, ale i aurą tajemniczości niecierpliwości i wyczekiwania.
Miałem wtedy 5 lat.
Nadszedł wieczór gdy wspólnie z kuzynem zostaliśmy zapakowani do starodawnego łóżka pod gigantyczną pierzynę i zasnęliśmy w chłodnym, ciemnym pokoju snem dziecięcia niewinnego.
Sen trwał spokojnie aż nagle obudziło nas okropne szeleszczenie bliżej nieokreślonej materii.
- O rany, co to jest!? - Wykrzyczałem przerażony gdy jakiś wielki stwór przewracał się na mnie na łóżku. Serce biło mi jak szalone.
Kuzyn wyrwany ze snu wyparzył z łóżka przerażony i wpadł na podobnego stwora stojącego obok.
- Co się stało dzieci? - Krzyknął mój tato wbiegając do pokoju. Zapalił światło i dopiero teraz mogliśmy się uspokoić. Stwory okazały się wielkimi worami z prezentami. Bogactwa nieprzebrane; wrotki, cymbałki, farbki, organki, piłka wiązana rzemykiem i wiele innych wspaniałych jak na tamte czasy zabawek. A wszystkie były przez nas wyczekiwane i upragnione.
Ale fajne prezenty przyniósł nam Mikołaj. Ale jak on tu wszedł?
Ale, ale i ale.
Pytania cisnęły się na usta i mieszały z zaskoczeniem powiązanym z każdym kolejnym skarbem odkrywanym w worku.
To była chyba najwspanialsza noc w moim dzieciństwie a na pewno najbardziej zaskakująca.
Wracając tam wspomnieniami do dzisiaj zastanawiam się
- Mikołaj? Jak on to zrobił?
P.S.
Tę krótką historyjkę dedykuję mojemu nieżyjącemu już tacie, bo chyba wiem kto był tym Mikołajem.
czwartek, 3 grudnia 2015
Dajcie spokój Jacusiowi... opowiadanie
Jacuś.
Nie był cudownym dzieckiem.
Jeden raz niechciany. Drugi raz pożądany bo będący gwarancją przydziału mieszkania o większym metrażu.
A więc Jacuś przyjął nowe nazwisko i zamieszkał z nowymi rodzicami.
O nich słów kilka.
Mama i tata spokojni ludzie, gryzipiórki.
Jacuś rozwijał się prawidłowo, czasem rzucił w kolegów kamieniem, innym razem w księdza ogryzkiem a jeszcze innym razem przypadkowo piłką wybił szybę w oknie sąsiadki.
W szkole orłem nie był. Od samego początku nauka go nie pociągała.
Pierwsze szkolne zatargi z nauczycielami tłumione w gabinecie dyrektora powoli przekształcały się w większe wydarzenia.
Kulminacją szkolnych wypadków Jacusia była kradzież i spalenie dziennika klasowego.
W gabinecie dyrektora pierwszy raz padły słowa z ust mamy
- Dajcie spokój Jacusiowi, co tak się na niego uwzięliście.
Te słowa powtórzyła jeszcze później w pobliskim komisariacie, tam jednak usłyszała odpowiedź
- Jeszcze pani zapłacze nad Jacusiem.
Po pół roku zapłakała
- Panie władzo, Jacuś mi 50 złotych ukradł.
Lata mijały, Jacuś zawiązał nowe znajomości, towarzystwo wąchające kleje i chlające tanie wino szybko przygarnęło go pod swoje skrzydła.
Dom rodzinny nie zamykał jednak przed nim drzwi bo Jacuś zawsze przychodził cichy, skruszony. Ale i to do czasu.
W wieku młodzieńczym władza i wpływ mamy przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
Jacuś pił, kradł i łobuzował. Naprzemiennie nocował, raz w domu raz w policyjnych pieleszach.
Aż wylądował w poprawczaku a później w kryminale.
Odsiadki Jacusia przeplatały się z kolejnymi przestępstwami. Kontakt z mamą prawie zanikł choć jeszcze zdążyła załatwić mu mieszkanie komunalne, dzięki czemu spokój w domu zapanował.
Jacuś nie dawał o sobie zapominać.
Co jakiś czas opinią publiczną wstrząsały komunikaty, że po ulicach grasuje pijany młody mężczyzna grożący przypadkowym przechodniom nożem.
I nie była to zabawa. Takiej wątpliwej przygody doznała jedna z mieszkanek miasteczka. W jesienny ciemny i mokry wieczór zaskoczona na ulicy przez Jacusia, który bez powodu a i potrzeby żadnej, bo nic nie żądał, przyłożył jej 40-tocentymetrowy nóż do gardła i zapowiedział
- Zginiesz k....
Kolejna odsiadka w kryminale i kolejna przepustka. Ostatnia, chyba.
Tego poranka na wąskiej bocznej uliczce w przemysłowej dzielnicy znaleziono martwego mężczyznę. Szybko ustalono od czyjego noża zginął i dlaczego Jacuś mu to zrobił. Poszło o honor kobiety.
Nie było też problemu z zamknięciem sprawy i Jacusia.
Jacuś siedzi teraz w kryminale.
A jego mama na pytanie niczego nieświadomej sąsiadki co słuchać u syna odpowiada
- Dajcie spokój Jacusiowi...
Nie był cudownym dzieckiem.
Jeden raz niechciany. Drugi raz pożądany bo będący gwarancją przydziału mieszkania o większym metrażu.
A więc Jacuś przyjął nowe nazwisko i zamieszkał z nowymi rodzicami.
O nich słów kilka.
Mama i tata spokojni ludzie, gryzipiórki.
Jacuś rozwijał się prawidłowo, czasem rzucił w kolegów kamieniem, innym razem w księdza ogryzkiem a jeszcze innym razem przypadkowo piłką wybił szybę w oknie sąsiadki.
W szkole orłem nie był. Od samego początku nauka go nie pociągała.
Pierwsze szkolne zatargi z nauczycielami tłumione w gabinecie dyrektora powoli przekształcały się w większe wydarzenia.
Kulminacją szkolnych wypadków Jacusia była kradzież i spalenie dziennika klasowego.
W gabinecie dyrektora pierwszy raz padły słowa z ust mamy
- Dajcie spokój Jacusiowi, co tak się na niego uwzięliście.
Te słowa powtórzyła jeszcze później w pobliskim komisariacie, tam jednak usłyszała odpowiedź
- Jeszcze pani zapłacze nad Jacusiem.
Po pół roku zapłakała
- Panie władzo, Jacuś mi 50 złotych ukradł.
Lata mijały, Jacuś zawiązał nowe znajomości, towarzystwo wąchające kleje i chlające tanie wino szybko przygarnęło go pod swoje skrzydła.
Dom rodzinny nie zamykał jednak przed nim drzwi bo Jacuś zawsze przychodził cichy, skruszony. Ale i to do czasu.
W wieku młodzieńczym władza i wpływ mamy przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
Jacuś pił, kradł i łobuzował. Naprzemiennie nocował, raz w domu raz w policyjnych pieleszach.
Aż wylądował w poprawczaku a później w kryminale.
Odsiadki Jacusia przeplatały się z kolejnymi przestępstwami. Kontakt z mamą prawie zanikł choć jeszcze zdążyła załatwić mu mieszkanie komunalne, dzięki czemu spokój w domu zapanował.
Jacuś nie dawał o sobie zapominać.
Co jakiś czas opinią publiczną wstrząsały komunikaty, że po ulicach grasuje pijany młody mężczyzna grożący przypadkowym przechodniom nożem.
I nie była to zabawa. Takiej wątpliwej przygody doznała jedna z mieszkanek miasteczka. W jesienny ciemny i mokry wieczór zaskoczona na ulicy przez Jacusia, który bez powodu a i potrzeby żadnej, bo nic nie żądał, przyłożył jej 40-tocentymetrowy nóż do gardła i zapowiedział
- Zginiesz k....
Kolejna odsiadka w kryminale i kolejna przepustka. Ostatnia, chyba.
Tego poranka na wąskiej bocznej uliczce w przemysłowej dzielnicy znaleziono martwego mężczyznę. Szybko ustalono od czyjego noża zginął i dlaczego Jacuś mu to zrobił. Poszło o honor kobiety.
Nie było też problemu z zamknięciem sprawy i Jacusia.
Jacuś siedzi teraz w kryminale.
A jego mama na pytanie niczego nieświadomej sąsiadki co słuchać u syna odpowiada
- Dajcie spokój Jacusiowi...
środa, 2 grudnia 2015
wtorek, 1 grudnia 2015
A właściwie co mnie to obchodzi?
- Idę wieczorem z psem na spacer osiedlową alejką. Alejka oddziela blokowisko od osiedla domków. Domki ładne, na bogato. Blokowisko jak blokowisko.
Nagle słyszę od strony jednego z domków
- Teraz.
Jakiś pan wydaje polecenie i z bramy posesji wyjeżdża małolat z wózkiem załadowanym workami.
Nic dziwnego gdyby nie fakt, że małolat celuje w należący do jednego z bloków śmietnik.
-Takiś cwany - pomyślałem - nic nie zdziałasz, wspólnoty zamykają śmietniki.
Młody widać jednak był przygotowany do zajęć. Wiedział, że w tylnej ścianie boksu była dziura.
Energicznie przemieścil z wózka do śmietnika wory ze śmieciami po czym zawrócił do domu.
Całą sytuację obserwowałem nie tylko ja.
- Nie byłeś sam?
- Okazuje się że nie. Obok domku pojawił się przypadkowy przechodzień.
- Panie, co pan robisz? - zwrócił się do taty kierującego młodzieńcem.
- Czep się pan ! - odburknął właściciel wózka i okazałego domu.
- Co pan wyprawiasz, własnego śmietnika nie ma?
- A co to właściwie pana obchodzi!? Odkrzyknął męźczyzna i zatrzasnął bramę.
Z okna wychyliła się kobieta.
- Co, znowu podrzucali?
- Tak, ten pan.... - próbował wytłumaczyć przechodzień wskazując na domek. Jednak nie zdążył, kobieta wpadła mu w słowo
- Oni tak od lat, ale właściwie co mnie to obchodzi?
Nagle słyszę od strony jednego z domków
- Teraz.
Jakiś pan wydaje polecenie i z bramy posesji wyjeżdża małolat z wózkiem załadowanym workami.
Nic dziwnego gdyby nie fakt, że małolat celuje w należący do jednego z bloków śmietnik.
-Takiś cwany - pomyślałem - nic nie zdziałasz, wspólnoty zamykają śmietniki.
Młody widać jednak był przygotowany do zajęć. Wiedział, że w tylnej ścianie boksu była dziura.
Energicznie przemieścil z wózka do śmietnika wory ze śmieciami po czym zawrócił do domu.
Całą sytuację obserwowałem nie tylko ja.
- Nie byłeś sam?
- Okazuje się że nie. Obok domku pojawił się przypadkowy przechodzień.
- Panie, co pan robisz? - zwrócił się do taty kierującego młodzieńcem.
- Czep się pan ! - odburknął właściciel wózka i okazałego domu.
- Co pan wyprawiasz, własnego śmietnika nie ma?
- A co to właściwie pana obchodzi!? Odkrzyknął męźczyzna i zatrzasnął bramę.
Z okna wychyliła się kobieta.
- Co, znowu podrzucali?
- Tak, ten pan.... - próbował wytłumaczyć przechodzień wskazując na domek. Jednak nie zdążył, kobieta wpadła mu w słowo
- Oni tak od lat, ale właściwie co mnie to obchodzi?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)