sobota, 21 listopada 2015

Pieskie życie

- To było dawno temu. W jesienny ponury wieczór szedłem jedną z uliczek mojej szaroburej, nielubianej przez cywilizację dzielnicy.
W bramie zobaczyłem grupkę małolatów, rzucających jakimiś przedmiotami o ścianę.
Podszedłem bliżej i zdębiałe, gnojki rzucały małymi szczeniakami, matki szczeniaków w pobliżu nie widziałem.
Wiesz, ja rozumiem, że można się tłuc, tak między ludźmi, to nie ma gadki, ale żeby takie małe szczeniaki tak rozwalać?
Pogoniłem hołotę. Żywych zostały cztery sztuki.
Małe to takie było, prawie łyse. Cóż było robić? Powsadzałem je do kieszeni i zaniosłem do domu.
Żona mi głowę zmyła, ale przecież nie wyrzuci mnie z domu z takimi maleństwami.
Maluchy były wesołe i zabawne, na początku karmiliśmy je mlekiem na palcu, ciężko było, ale się udało.
Z tych czterech trzy znalazły swój dom a jeden psiak został z nami.
To był fajny mieszaniec, nie przeszkadzał nikomu, przyjacielski. Wiele z nami przeszedł.
Przeszedł razem ze mną chorobę nowotworowa. Bardzo mi pomagał. Byłem z nim bardzo zżyty.
Czas leciał, on się zestarzał, miał problemy z chodzeniem, o bieganiu nie wspomnę.
Nadszedł taki moment, że musiałem wynosić go na rękach na podwórko, żeby zobaczył niebo i załatwił co tam miał do załatwienia.
No i  w końcu odszedł.
Przeżył przy mnie 20 lat i 9 miesięcy.
Czasem mi go brakuje, trudno się przyzwyczaić.
- I co teraz? Masz jakiego psiaka?
- Nie, teraz mam kota. Sadzam go na stole, do miski daję z saszetki Whiskasa, a sobie ćwiarteczkę gorzałki. I tak sobie siedzimy i gadamy.

P.S.
Ta historia nie została zmyślona

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz