niedziela, 29 listopada 2015

Trzecia miarka wody.

Przychodzi taki dzień jak pochmurna smętna niedziela i taka chwila jak pora na poobiednią drzemkę.
             Jednak życie inaczej pisze scenariusze.
Jedno z zadań domowych w V klasie podstawówki zobowiązuje do pobrania z trzech różnych źródeł takiej samej miary wody i po kilku dniach przeprowadzenia, stosownych do tego poziomu edukacji, badań. Źródła mają być trzy: kran, jezioro i rzeka.
Wszystkie trzy są pod ręką, choć przyznam, że najbliżej i najwygodniej do kranu.
              I właśnie w to niedzielne popołudnie nastała najwłaściwsza chwila na sięgnięcie do dwóch pozostałych źródeł. Kran, wiadomo, załatwiony bezproblemowo. Ulokowane nieopodal domu jeziorko, oblegane codziennie przez wędkarzy, też nie utrudniało poboru cieczy.
Problem z rzeką. W okolicy płynie Odra, przepływa przez sąsiednie miasteczko i tam udaliśmy się z trzecim słoikiem po wodę.
Z daleka wszystko jest takie łatwe i bezproblemowe, dopiero w bezpośrednim kontakcie z nabrzeżem okazało się, że dostęp do wody jest trudny, strome kamieniste nabrzeże. Woda jest daleko i żeby się do niej dobrać najłatwiej byłoby posłużyć się jakimś przedmiotem np chochlą lub po prostu do niej wskoczyć. Nikt jednak wcześniej o chochli nie myślał, o wskakiwaniu do wody zresztą też.
Wyszukaliśmy łagodniejsze zejście do wody i przy odrobinie szczęścia i kilku wygibasach udało mi się nabrać wody z Odry do słoika.
Syn dumnie spoglądał na mnie w ciszy i skupieniu przejmując z mych rąk najważniejszy w tej chwili słoik na świecie.
Jako że miejsce, które wybraliśmy znajdowało się blisko mostu na Odrze dokonaliśmy odkrycia. Okazało się, że pod mostem znajdują się urządzenia śluzy służące do regulacji poziomu wody.

To była ciekawa lekcja, zaskakująca jak na pochmurne niedzielne popołudnie.
A wszystko przez trzecią miarkę wody.

Na zdjęciu most na Odrze w Kędzierzynie-Koźlu (29.11.2015)

sobota, 28 listopada 2015

Strażnik starej szafy.....wspomnienie z wakacji.

Lubię ją.  Właściwie to lubiłem.
Stara szafa na strychu w domu na wsi u babci.
Można było się do niej schować, grzebać w niej. Odkrywać skarby w szufladach i straszyć mole w starych, wiekowych paltach.
Za każdym razem doświadczałem innego kontaktu z przeszłością. Nikomu niepotrzebne, jednak przez lata gromadzone, przedmioty zyskały przydomek "przydasie". Nikt nie pamiętał co w niej było i nikt nie był w stanie określić jak długo jeszcze można w nią tak upychać.
I choć nie było tam nic ważnego to babcia odganiała od szafy. Strzegła jak oka w głowie.
Na straży zawartości stały też inne zjawiska.
Jakie?
Przekonałem się o tym gdy gmerałem po omacku na górnej półce ledwo stojąc na palcach.
Do dziś pamiętam ten suchy trzask i piekący ból palców po wykonaniu zadania przez strażnika szafy - pułapki na myszy.

piątek, 27 listopada 2015

Pisiory 500 dadzą

- Taka chuda czarna  pamiętasz. Ona kiedyś mieszkała tam za górką na zakręcie.
- Coś kojarzę.
- No to, rozumiesz ona już piąte wczoraj urodziła.
- Piąte?
- Tak, mówię ci. A najlepsze bo nie wie z kim je ma. Bo tam wiesz balanga za balangą. A wtedy na imprezie to trzech ją tegowało.
- Acha....
- A najlepsze bo stary w Holandii siedzi i nie ma możliwości żeby mu wmówiła że to jego.
- I co teraz ona zrobi?
- Nic, powiedziała, że jak mu czwarte wmówiła to i piąte też, tylko jak ona to wyliczy? Ale wiesz, już myślała, żeby to dziecko do okna życia odstawić. Nawet miała obcykane gdzie takie jest.
Ale teraz jak się dowiedziała, że PiSiory dadzą 500 na dziecko to zdecydowała się je zostawić przy sobie.....

Z pamiętnika pielęgniarki...

-Ach proszę pana a jaki numer zrobiłyśmy takiemu staremu kolejarzowi.
To dawno było, jeszcze w latach siedemdziesiątych.
On leżał z obciętą nogą i trochę musiał poleżeć. Ale maruda byl straszny. Uparł się żeby nam nadokuczać. Co przyszlam do pracy to ten już stuka laską po podlodze.  
- Co znowu? - Pytam.
- Spać nie mogę.
- Może on po prostu panią podrywał?
- Et,  taki stary?
- To powiem panu że miałam z nim problem bo ciągle nie dawał spokoju. Razem ze mną pracowała taka starsza pielęgniarka, jeszcze frontowa. Ona mówi:
- Ty wiesz, a teraz to są takie cukierki w sklepach, jak z pudru zrobione, to może zrobimy mu kawał z tymi cukierkami?
Ja młoda, nie wiedzialam czy pomoże czy zaszkodzi ,ale upierdliwca miałam dosyć .
Przyszedl taki kolejny wieczor a ten znowu stuka laską w podłogę, znowu to samo - spać nie mogę.
Więc ja z koleżanką miseczka, tableteczka, ten cukierek oczywiście i do chorego.
- A tutaj doktor przepisal dla pana coś na sen, ale ostrzegam, że to słodkie, to coś nowego jest.
- I dobrze.
Od tej pory pan pacjent grzecznie zasypiał i miałyśmy od niego spokój.

wtorek, 24 listopada 2015

Samotność - twój wybór

Starsza pani, której mąż umarł 35 lat temu.
Sama wychowała dziecko.
Zapomniała co znaczy kontakt z mężczyzną, w każdym tego słowa znaczeniu. Cały czas praca, dom, dziecko.
"Jestem sama, rozmawiam tylko z córką".
Nie ma się do kogo odezwać. Smutno tak samemu.
Druga starsza pani.
- A niech pani przyjdzie do nas na spotkanie w klubie emerytów. Fajnie jest, rozmawiamy, pieczemy ciasta. Nic zobowiązującego.... Po co samemu w domu siedzieć?
- Nie nie, wie pani, ja to nie lubię tak, dużo ludzi. Zamieszanie. Wolę spokój.
Samotność?


niedziela, 22 listopada 2015

"Klient nasz Pan"

                      Jestem zwykłym człowiekiem i potrzeby mam zwykle. Jedną z nich jest potrzeba prawdy i oczekiwanie od otaczającego mnie świata przynajmniej odrobiny szacunku.
                      Życzenie może naiwne, jednak godne zwykłego człowieka. I właściwie ostatnie co zwykłemu człowiekowi pozostało na tym łez padole.
                      Z konieczności życiowej zmuszony byłem udać się do kilku obiektów handlowych gdzie oczekując rzetelnej (o naiwności!) informacji oddałem swe losy i decyzje w ręce specjalistów od marketingu.
                      Ponieważ nie mam nic do ukrycia to tekst ten będzie opisywał prawdziwe okoliczności, pominę jedynie imiona specjalistów bo istotne tu nie są.
                      Pierwszy obiekt moich zainteresowań to samochód m-ki Skoda, który z  można nabyć w salonie samochodowym w Kędzierzynie-Koźlu przy ul. B.Chrobrego.
                      Do salonu dotarłem tuż przed jego zamknięciem, po swojej pracy. Nikt mnie nie zbywał, nie czułem się jak intruz. Usłyszałem miłe "dzień dobry" a następnie po kilku minutach, czas na pooglądanie pojazdów, podszedł do mnie sprzedawca. Miły pan roztoczył przede mną pełen wachlarz swoich umiejętności. Odpowiedział na każde pytanie bez uników, na kartce rozpisał mi wszystkie kwestie finansowe zw. z kupnem pojazdu (wiadomo kredyt), cierpliwie czekał aż przeanalizuję wszystkie kolory, zadam kolejne pytania i znowu na nie wszystkie odpowiedział. Odniosłem wrażenie, że nie ukrył przede mną żadnej informacji  pomimo późnej godziny zaproponował mi nawet jazdę próbną.
Na koniec naszego spotkania wszystkie informacje zawarte ma kartce podpisał swoim imieniem i nazwiskiem. Wręczył mi ją razem z resztą materiałów, związanych z ofertą i załączył wizytówkę. Pożegnał się ze mną uprzejmie.
                        Kolejna wizyta w kolejnym salonie sprzedaży miała miejsce dzisiaj. Padło na RTVEUROAGD w Galerii Odrzańskie Ogrody w Kędzierzynie-Koźlu.
Bylem tam dzień wcześniej aby wybrać nowy telewizor. Pan z obsługi wszystko ładnie zaprezentował i powiedział, że formalności związane z kredytem załatwia się tu od ręki, maks 15 minut.
                         Tak więc dziś wybrałem się tam ok godz 12. Na zakup zaplanowałem pół godziny, dałem im 100% więcej czasu. Ten sam pan przekonał mnie jeszcze do opcji przedłużającej gwarancję i ubezpieczającej produkt za dodatkową opłatą, przyjął zamówienie, wytaszczył tv z magazynu i poszedłem do biurka załatwić formalności które miały trwać 15 minut.
                         Przy biurku pani (nazwijmy ją A ) zapatrzona w monitor powiadomiła mnie że trzeba sprawdzić moją zdolność kredytową, który bank skredytuje mi produkt. W końcu przecież kupuję nie byle co tylko tv. Zaznaczam, że zadeklarowałem wpłatę części należności. Po wydobyciu ze mnie danych na temat kosztów utrzymania, zużycia prądu, ilości gąb na utrzymaniu etc poinformowano mnie że musimy poczekać na decyzję któregoś z banków. Dane powędrowały do systemu a tam z drugiej strony kilka banków je analizowało i podejmowało decyzje czy godny jestem kredytowania.
                          Ok, czekamy, ten czas spędziłem na konsumpcji kawy i drobnego dodatku do niej, oczywiście nie w sklepie.
                          Jest! Czas zleciał więc ja do biurka gdzie ta sama pani zajęta już była kim innym, ale mną zajęła się kolejna pani (B). Przy zakupie tv bowiem trzeba kilku osób do obsługi klienta, nie to co przy samochodzie.
Wydrukowała dokumenty i podsuwa mi do podpisania. I co my tu mamy?
Umowę o sprzedaż ratalną TV połączoną z ubezpieczenioprzedłużeniem gwarancji. Jasne i oczywiste.
I kolejny dokument: ubezpieczenie assistance za 96 zł. Ubezpieczenie obejmuje takie frykasy jak przyjazd pediatry do domu, pomoc przy zepsutym samochodzie, sprzątanie mieszkania i jeszcze kilka innych cudownych czynności. Jednak żadna z nich nie pasowała do kupowanego telewizora.
W umowie kredytowej zaś zawarta informacja, że przedmiotem kredytu jest TV, przedłużenie gwarancji i ta umowa assistance .
A w rubryce na kolejnej str. tej umowy wyraźna inf że umowa nie wymaga żadnych dodatkowych zabezpieczeń.
Wyszło na to ze kupując cokolwiek na kredyt w EURORTVAGD staję się posiadaczem kolejnej polisy ubezpieczeniowej na rzeczy zbędne i mało prawdopodobne aby kiedykolwiek mi potrzebne.
Pani na moje pytanie do czego ta polisa zaczęła tłumaczyć, ze jest ściśle związana z kredytem i z tą umową, że to jest to właśnie przedłużenie gwarancji z ubezpieczeniem. Gdy zwróciłem uwagę, że to nie jest przedłużenie gwarancji połączone z ubezpieczeniem tylko kolejna rzecz do zapłacenia, pani zaniemówiła.
Ponieważ jednak miałem zamiar kupić telewizor z gwarancjoubezp i nie bylem zainteresowany dodatkową polisą wliczoną w koszty kredytu. powiedziałem wyraźnie, że nie interesuje mnie to ubezpieczenie. Pani nie okazała zaskoczenia moją odmową. Przyjęła do wiadomości i powiedziała ze w takim razie kolejna umowa będzie gotowa za ok. godzinę.
                     Po spędzeniu blisko 2  godzin w galerii pojechałem do domu bez telewizora na obiad.
Po przerwie obiadowej wróciłem do galerii w celu sfinalizowania zakupu. Pani A ponownie sprawdziła moją zdolność i okazało się że tylko jeden bank jest skłonny pożyczyć mi tych kilka groszy na zakup tv, jednak warunkiem jest przyjęcie karty kredytowej. O tym pani już mi powiedziała na wstępie, jak i o tym, że z karty mogę zrezygnować zaraz po jej otrzymaniu.
Ostatecznie kupiłem telewizor i z niego jestem zadowolony.

                      Nie jestem zadowolony z obsługi w EURORTVAGD. Poczułem się jak baran  prowadzony na rzeź, jak dawca kapitału, nie wiem dla kogo, czy banku Alior, który miał mi skredytować za pierwszym razem telewizor czy dla EURORTVAGD. Nie interesuje mnie to. Interesuje mnie ilu klientów nie czytając dokumentów podpisuje je bezwiednie lub będąc w sytuacji "pod ścianą" zgadza się na każde warunki i staje się posiadaczem idiotycznej polisy ubezp za 96 PLN nawet o tym nie wiedząc. 
Przyznam, że nie mam zastrzeżeń co do tego żeby taką polisę przyjąć i ją opłacić, oburzyło mnie traktowanie mnie jak idioty, nie informowanie o takiej czynności, podsuwanie mi umowy do podpisania. Nie wiem czy to brak profesjonalizmu, czy właśnie profesjonalizm?

Tak więc po wizytach w dwóch różnych obiektach handlowych uczucia mam mieszane.
Która z opisanych przeze mnie osób była specjalistą?
W którym przypadku miałem się czuć jak przysłowiowy klient z hasła " Klient nasz Pan"?

P.S.
Czytajcie umowy, odmawiajcie, nie dajcie się....

sobota, 21 listopada 2015

Pieskie życie

- To było dawno temu. W jesienny ponury wieczór szedłem jedną z uliczek mojej szaroburej, nielubianej przez cywilizację dzielnicy.
W bramie zobaczyłem grupkę małolatów, rzucających jakimiś przedmiotami o ścianę.
Podszedłem bliżej i zdębiałe, gnojki rzucały małymi szczeniakami, matki szczeniaków w pobliżu nie widziałem.
Wiesz, ja rozumiem, że można się tłuc, tak między ludźmi, to nie ma gadki, ale żeby takie małe szczeniaki tak rozwalać?
Pogoniłem hołotę. Żywych zostały cztery sztuki.
Małe to takie było, prawie łyse. Cóż było robić? Powsadzałem je do kieszeni i zaniosłem do domu.
Żona mi głowę zmyła, ale przecież nie wyrzuci mnie z domu z takimi maleństwami.
Maluchy były wesołe i zabawne, na początku karmiliśmy je mlekiem na palcu, ciężko było, ale się udało.
Z tych czterech trzy znalazły swój dom a jeden psiak został z nami.
To był fajny mieszaniec, nie przeszkadzał nikomu, przyjacielski. Wiele z nami przeszedł.
Przeszedł razem ze mną chorobę nowotworowa. Bardzo mi pomagał. Byłem z nim bardzo zżyty.
Czas leciał, on się zestarzał, miał problemy z chodzeniem, o bieganiu nie wspomnę.
Nadszedł taki moment, że musiałem wynosić go na rękach na podwórko, żeby zobaczył niebo i załatwił co tam miał do załatwienia.
No i  w końcu odszedł.
Przeżył przy mnie 20 lat i 9 miesięcy.
Czasem mi go brakuje, trudno się przyzwyczaić.
- I co teraz? Masz jakiego psiaka?
- Nie, teraz mam kota. Sadzam go na stole, do miski daję z saszetki Whiskasa, a sobie ćwiarteczkę gorzałki. I tak sobie siedzimy i gadamy.

P.S.
Ta historia nie została zmyślona

czwartek, 19 listopada 2015

Romans z łyżeczki.

Małe miasteczko, mały sklepik ze starociami.
Starsza pani przegląda drobiazgi.
- Uwielbiam grzebać w takich różnościach - ogląda łyżeczkę.
- Uwielbiam je sprzedawać
- Tak? Dlaczego?
- Dzięki tym drobiazgom rozmawiamy, nawiązują się kontakty międzyludzkie...
- Tak, nawet romanse.

środa, 18 listopada 2015

Nauka nie poszła w las.

Wywiadówka jako źródło kolejnych edukacyjnych doświadczeń.
Wnioski.
Elektroniczny dziennik ucznia wniósł wiele nowego do szkolnego życia.
Negatyw - nie można poprawiać i dopisywać ocen.
Pozytyw - nie trzeba go nosić za nauczycielem.

wtorek, 17 listopada 2015

Primum.

               Pierwszy tekst na moim blogu miał traktować o niczym i zapewne tak się stanie o czym będziecie mogli się przekonać na jego końcu.
Wiedziony ciekawością internetowego świata postanowiłem zrobić krok wprzód ku nowoczesności i założyć bloga. Bloga ma córka, sąsiad zza płota, znajoma z poczty i kolega spod budki z piwem. Dlaczego więc nie ja?
               Wbrew oczekiwaniom i zamiarom okazuje się, że nie można być indywidualistą i od samego początku należy stosować się do reguł narzuconych przez otaczający (?) nas świat internetu. 
               Tytuł pierwszego wpisu miał brzmieć "Pierwszy Raz", jednak ktoś inny był pierwszy i z pierwszego razu zrobiło się "Nie pierwszy". Nie szkodzi. Kolejna życiowa nauka, trzeba być szybszym.
               W kolejnym wpisie postaram się być bardziej oryginalny, wtedy zapewne nie będzie problemów z dostępnością tytułu.

Zapraszam na przyszłość. 

P.S.
Przepraszam za toporną formę.
Taki to właśnie jest ten Pierwszy Raz :-)